niedziela, 10 stycznia 2016

Drzewo



 Stała przy oknie. Patrzyła na drzewa w ogrodzie. Każde z nich symbolizowało jednego członka rodziny. Pierwsze dwa zasadziła z Patrykiem zaraz po wprowadzeniu się.  Pozostałe jej mąż sadził po narodzinach ich dzieci. Ogród się rozrastał, rodzina też.  Z gardła Weroniki wydobył się szloch. Oni zginęli, a ona została sama. Już nigdy Patryk się do niej nie uśmiechnie. Już  nigdy Łucja nie będzie żartowała z jej niskiego wzrostu.  Już nigdy Michał nie będzie opowiadał słabych sucharów przy obiedzie. Już nigdy Róża nie zapyta jej czemu słońce nie świeci na niebiesko albo dlaczego woda nie jest różowa. Już nigdy…
  To było już dla niej za wiele. Zalana łzami pobiegła do salonu. Wyjęła z barku pierwszą, lepszą butelkę. Nie było dla niej ważne co było w środku, liczyła się tylko zawartość alkoholu. Wystarczająca, żeby choć na chwilę zapomnieć. Żeby choć przez chwilę nie czuć bólu… Usiadła na kanapie, przykryła się kocem i patrząc na zdjęcie swojej rodziny zaczęła pić. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Nigdy nie wypiła tyle sama. Okazjonalnie kieliszek szampana lub wina. Ale sytuacja się zmieniła. Nie miała już nikogo do towarzystwa.
   Pierwsze kilka dni po wypadku nie czuła nic. Tylko otępienie. Nie dopuszczała do siebie myśli, że oni mogli tak po prostu umrzeć. Zniknąć. I już. Jedną z niewielu rzeczy, których nienawidziła od zawsze była samotność. W szkole zawsze była sama, siedziała w ostatniej ławce ze spuszczoną głową i marzyła o tym, by ktoś usiadł obok niej. Jej marzenie spełniło się dopiero w liceum. To tam poznała Patryka. Byli do siebie bardzo podobni. Ich rozmowy trwały godzinami. Połączyła ich długa, serdeczna przyjaźń, która po kilku latach zmieniła się w miłość. Ich ślub był piękny. Ona w białej sukni z odkrytymi plecami i koronką na rękawach.  On w czarnym garniturze. Idealnie.  Potem kupili dom na przedmieściach Warszawy. Ona zaszła w ciążę i urodziły im się bliźnięta. Dziesięć lat później doczekali się  jeszcze jednej córki. Byli szczęśliwi.
* **
Kilka dni wcześniej…
Budzik zadzwonił o szóstej rano. Weronika sięgnęła ręką po telefon.
-Jeszcze pięć minut- pomyślała. To były jej urodziny, więc może sobie zrobić mały prezent.
 Zamknęła oczy i pozwoliła sobie odpłynąć. Gdy się obudziła minęła siódma. Wszyscy byli już spóźnieni. Potrząsnęła Patrykiem.
-Wstawaj, leniu – powiedziała lekkim tonem.
-Nieee… -ziewnął i odwrócił się na drugi bok. Leżał jeszcze przez chwilę, a potem gwałtownie wstał. Zaczął śpiewać sto lat. Fałszował przy tym okropnie, ale i tak czuła się w tej chwili najszczęśliwszą osobą na ziemi.
Zerwała się z łóżka i poszła obudzić dzieci. Od rana musiała krzyczeć, bo inaczej nigdy by nie wstały. Ale je kochała.
-Łucja, wstawaj! – weszła do pokoju córki, która spała sobie w najlepsze. Zabrała jej kołdrę, co spowodowało falę narzekań, ale przynajmniej jedno dziecko z głowy.
  W podobny sposób obudziła Michała i Różę. Kiedy reszta domowników snuła się po domu jak duchy, zbierając się do wyjścia, ona robiła  wszystkim śniadanie. Gdy już wszystko było gotowe Weronika poszła się wykąpać. Kiedy wyszła z łazienki odgłosy rozmowy ustały, a jej rodzina zrobiła niewinną minę.
 Po kilku kłótniach o to, gdzie jest czyjaś czapka/ szalik/ kurtka/ but / plecak /telefon, wyszli z domu. Patryk odwoził dzieci do szkoły/przedszkola, bo  pani prokurator zawsze wysiadała jako pierwsza. Właśnie to uratowało jej życie.
  Godzinę później odebrała telefon. Musiała natychmiast jechać do szpitala. Był wypadek. Więcej nie chcieli jej powiedzieć. Z ciężkim sercem pobiegła na przystanek. Miała szczęście, bo autobus właśnie przyjechał. Usiadła i patrzyła się na ulicę, próbując się nie rozpłakać. Gdy dojechała ręce jej się trzęsły tak bardzo, że nie mogła otworzyć drzwi. Podeszła do recepcji i spytała o rannych z wypadku.
 Pielęgniarka spojrzała na nią smutnym wzrokiem.
-Przywieźli tylko jedną dziewczynkę
-Gdzie ona jest?
-Na OIOM-ie
  Pobiegła tam. Jeszcze do niej nie dotarło, że ma już tylko jedno dziecko. Róża na ogromnym białym łóżku, podłączona do aparatury wydawała się jeszcze mniejsza niż zwykle. Weronika podeszła do lekarza.
-Dzień dobry. Czy to pani jest matką tej dziewczynki?
 Nie mogła z siebie wydobyć głosu, więc tylko skinęła głową.
-Zapraszam do mojego gabinetu.
 Poszła za nim bez słowa. Usiadła na krześle i zamknęła oczy.
-Postaram się wszystko wyjaśnić jak najdelikatniej, ale nie jestem pewien, czy mi się uda. Dzisiaj około godziny dziewiątej w samochód pani męża wjechał tramwaj. Niestety siła uderzenia była zbyt duża, by mogły to przeżyć osoby siedzące po lewej stronie. Gdy na miejsce wypadku przyjechała karetka, z samochodu udało się wydostać tylko dwoje dzieci, Ratownicy bezskutecznie próbowali ratować chłopca. Niestety, ich wysiłki nic nie dały.
  Poczuła, że nie może złapać oddechu, a do jej oczu napływają łzy. Mężczyzna podszedł do niej i powiedział:
-Ma pani jeszcze dla kogo żyć. Stan Róży jest ciężki, ale będziemy walczyć.
-Czy mogę do niej iść? –wyszeptała
-Oczywiście
  Kilka minut później siedziała obok swojej córki. Trzymała ją za rękę i modliła się. Dziewczynka poruszyła się niespokojnie, otworzyła oczy:
-Boli, mamusiu – zaszlochała.
-Wiem, kwiatuszku, zaraz przestanie…
-Gdzie jest tatuś, Łusia, Miś? Było głośno i ciemno… i wszystko mnie bolało –zaszlochała
-Oni są teraz w niebie –pocałowała ją w czółko
-Mamo, czy ja też będę w niebie?
 Nie umiała jej odpowiedzieć na to pytanie. Schowała twarz w poduszkę, żeby ukryć łzy.
 -Kocham cię, mamusiu
- Ja ciebie też, skarbie… Ja ciebie też…
Róża zamknęła oczy i już nigdy więcej ich nie otworzyła.
Lekarze próbowali ja ratować. Bez skutku.
 Po kilku godzinach Weronika wróciła do pustego domu. W przedpokoju potknęła się o misia. Przytuliła go i zaczęła płakać. Siedziała tak całą noc. Tuliła przytulankę swojej córeczki, nie umiała jej zostawić. Nie umiała już żyć.
 Przez kilka dni nic nie jadła. Piła tylko wodę, do momentu, gdy sięgnęła po alkohol. Mijały kolejne tygodnie, a ona ciągle nie potrafiła wrócić.
 Gdy przyszła do niej jej koleżanka z pracy, zastała otwarty dom. Weszła do środka. Weronikę znalazła na łóżku w sypialni. Obok niej leżało puste opakowanie po tabletkach nasennych i kartka z napisem:
„Tęskniłam za nimi”
***








  Policja odkryła, że kierowca tramwaju był pijany. Przeżył, ale zabił całą rodzinę, bo nie mógł odmówić sobie tej przyjemności. Pamiętaj, żeby nigdy nie jeździć po alkoholu, ale jeśli to dla za trudne, to wyobraź sobie siebie na miejscu Weroniki. Jakbyś się czuł, gdybyś to ty został sam, przez kogoś, kto nie powinien prowadzić? Dobrze? Zastanów się.

2 komentarze:

  1. Jeju, uwielbiam Was. Macie talent. Oby więcej takich historii! :) Jak się czujecie z myślą, że Wasz tekst może uratować czyjeś życie?
    Pozdrowienia! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do napisania tego opowiadania zainspirowała mnie piosenka. Nie myślałam o tym, że mogę nim kogoś uratować, po prostu spisałam to co mi przyszło do głowy. Dziękuję za komentarz, bo to dla mnie ogromna motywacja do dalszego pisania :)

      Usuń