niedziela, 10 stycznia 2016

Uciec, byle dalej



   Rosalie stała przy oknie, patrząc na ulicę. Zawsze lubiła jej zgiełk, anonimowość. Kiedy idziesz, jesteś kolejną osobą, nikim szczególnym. To dobre miejsce, żeby być samemu, w tłumie ludzi. Tam nikt nie będzie jej dręczył pytaniami: czemu jej oczy są czerwone od płaczu, dlaczego w tym ważnym dniu czuje się tak podle.
   W szybie odbijała się jej suknia ślubna. Piękna, w kolorze kości słoniowej z rozkloszowanym dołem i koronką na plecach. Jej rodzina zadbała, aby uroczystość była zorganizowana z wielką pompą. Tłum gości: ciotek, wujków, stryjków, kuzynów, kuzynek, których imion nie pamiętała. Wystawna kolacja i tańce przez całą noc.
  Ale to wszystko nie miało sensu. Wychodziła za kogoś, kogo nienawidziła. Dlaczego? „Kochana” rodzina potrzebowała pieniędzy. Sprzedała ją, aby spłacić długi. W tamtej chwili znienawidziła swoją urodę. Jej długie czarne włosy, zielone oczy i jasna cera zdawały się być przekleństwem.
  Pewnie stałaby tak, dopóki matka nie kazałaby jej włożyć sukni, ale wtedy usłyszała krzyk:
 -Gerwazy, gdzie jest szynka?
-Jasna cholera! Zapomniałem kupić tej kurewskiej…
-Nie przeklinaj w obecności damy!
-Ale..
-Nie!
-Ale..
-Powiedziałam: nie, a teraz rusz dupę i jedziemy do sklepu!
  Podobna rozmowa trwała jeszcze przez pięć minut. Jej matka, Eugenia, trzymała swojego męża krótko. To ona była głową rodziny. Rolą ojca, było jedynie zapewnienie jedzenia i pieniędzy, co nie zawsze mu się  udawało. Teraz Rose miała zapłacić swoim szczęściem za błędy Gerwazego, ale nadarzyła się okazja do ucieczki. Nigdy nie przypuszczała, że będzie tak wiele zawdzięczać szynce.
  Czekanie było męką. Minuty zdawały się być godzinami, a upragniona wolność wydawała się być coraz bardziej odległa. Minął kwadrans, kiedy usłyszała odgłos zamykania drzwi frontowych. Pobiegła do sypialni brata. Zabrała koszulę i spodnie. Włosy zebrała w kok. Z szafy wyjęła stary płaszcz, o którego istnieniu nie pamiętał nikt oprócz niej. Długi , czarny materiał doskonale ukrywał jej krągłości, tak, że z daleka można ją było pomylić z mężczyzną. Tak przygotowana poszła do kuchni. Wyjrzała przez okno, czy nikogo nie ma na podwórzu.      Była sama. Los się do niej uśmiechał. Po cichu wyszła z domu, mając w kieszeni swoje oszczędności i pół bochenka chleba. Wiedziała, że już nigdy nie będzie mogła tu wrócić. Ta świadomość była przytłaczająca. Kochała ten dom, mimo wielu niedoskonałości. To tu dorastała, znała każde drzewo i każdy kwiat w okolicy. Spojrzała na budynek ostatni raz. Odwróciła się na pięcie i pobiegła w nieznane.
  Wiedziała, że nie może zostać w Chicago. Postanowiła, że wyjedzie do jakiegoś dużego miasta. Dostać się na stacje kolejową, to było jej priorytetem. Problem polegał na tym, ż e najbliższy peron był oddalony o 15 km i było to zbyt oczywiste miejsce ucieczki . Musiała znaleźć jakiś środek transportu. Pytanie się sąsiadów, czy ją podwiozą nie wchodziło w grę. Musiałaby się tłumaczyć dlaczego musi jechać na dworzec, bo pół miasta wiedziało o jej ślubie. Mogłaby ukraść konia, ale to wydało jej się być niemoralne. Nie mogła pojechać na rodzinnym wierzchowcu, ponieważ Gerwazy od razu po powrocie zauważy brak wierzchowca. Rozmyślając snuła się po ulicach. Mijając karczmę wpadła na genialny pomysł. Może wygrać zwierzę w karty.
   Gdy weszła do środka uderzył ją ogrom ludzi . Była dopiero godzina osiemnasta, ale o tej porze w grudniu już dawno było po zmroku. Atmosfera była luźna, pogodna, pijacka jak na porządną karczmę przystało. Mężczyźni siedzieli przy okrągłych stołach. Rose podeszła do pierwszego stolika. Siedziało przy nim sześciu facetów. Przed nimi stały kufle pełne piwa, na środku leżał stos monet, a  jeden z nich właśnie rozdawał karty.
-Mogę się przyłączyć, panowie? –spytała.
-Umie pan grać w pokera? Jeśli tak to niech pan siada.
  Rosalie tylko na to czekała. Grać nauczyła się w wieku czternastu lat, kiedy podglądała swojego brata oddającego się tej rozrywce. Wtedy nie podejrzewała, że może to uratować jej życie. Nigdy nie wiadomo, co nam się przyda, lepiej więc uczyć się jak najwięcej. Pierwsze dwie kolejki nie były dla niej najlepsze. Potrzebowała czasu, aby przypomnieć sobie wszystkie zasady. Potem było coraz lepiej. Zaczęła wygrywać.
-Gdzie Pan się nauczył tak grać? –spytał brodaty mężczyzna z wybitym zębem.
-Grywało się to tu, to tam… -Rose próbowała odpowiedzieć jak najszybciej, żeby nie wyszło na jaw, że jest kobietą.
-Więcej szczegółów, panie! –krzyknął blondyn z brązowymi oczami.
-Grać zacząłem sześć lat temu w Nowym Yorku. Wiele podróżowałem i z każdej gospody wynosiłem nowe doświadczenia. Najwięcej nauczyłem się w Virginii. – Bajeczka, którą wymyśliła na poczekaniu była wystarczająco wiarygodna. –Panowie, a może zagramy o  konia?
-Możemy –zgodził się brodaty.
  W napięciu czekała, aż karty zostaną rozdane. To było jej być albo nie być. Nie miała innego wyjścia. Reszta zgromadzonych była pogrążona w rozmowie. Los był dla niej łaskawy. Rozdanie było wyjątkowo pomyślne. Prawie jej się udało. Ta rozgrywka była wyjątkowo zacięta, ale udało jej się. Była przeszczęśliwa. Mina brodatego była nietęga. Nie przypuszczał, że starci jednego ze swoich wierzchowców.
-Panowie, muszę niestety opuścić wasze towarzystwo. – powiedziała Rosalie. – Proszę, dać mi moją wygraną, gdyż bardzo się spieszę.
  Przegrany wstał i poszedł z nią do wyjścia. Podeszli do stajni, w której goście karczmy zostawiali swoje konie. Mężczyzna podszedł do karego ogiera i podał Rose wodze. Zdjął siodło i powiedział:
-Życzę pani miłej podróży.
  Rosalie przeraziła się. Zauważywszy jej minę, dodał:
-Nikt oprócz mnie się nie zorientował, byli zbyt pijani. –uśmiechnął się do niej. –Niech pani wsiada i jedzie, gdzie potrzebuje. Dochowam tajemnicy.
   Odpowiedziała mu bladym uśmiechem. Wyprowadziła konia na dwór. Dosiadła go i pojechała, tam gdzie nikt jej nie będzie szukał, na obrzeża miasta.
  Po północy zjawiła się na malutkiej stacji kolejowej. Znajdowała się trzy godziny drogi od domu. Sprawdziła na rozkładzie, kiedy przyjedzie następny pociąg. Okazało się, że następnego dnia o 7. Noc spędziła na peronie. Zjadła chleb i zasnęła na ławce szczelnie otulona płaszczem. Obudziła się o świcie. Za ostanie pieniądze kupiła kawałek chleba i kubek ciepłego mleka.
  Kiedy zjawił się parowóz wsiadła wraz koniem do wagonu towarowego, bo nie było jej stać na zwykły bilet. Mimo niewygody i chłodu czuła, że warto żyć. Za kilka godzin będzie w Nowym Yorku, gdzie nie będzie już córką Gerwazego, tylko Rosalie Westrose, która może zacząć wszystko od nowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz